Czym właściwie ma być Trumpowa AI Force?
Prezydent wszedł na swoją platformę społecznościową i ogłosił, że tworzy AI Force. Nie ustawę, nie briefing, sobotni wpis. Porównał to wprost do Space Force, powiedział, że o stanowisko szefa tej inicjatywy mogą ubiegać się wyłącznie osoby o wysokim IQ, i obiecał, że administracja będzie pielęgnować, wspierać i czuwać nad rosnącą branżą AI.
Dobra, ale co to właściwie robi? Kto tym kieruje? Jakie ma uprawnienia?
Szczera odpowiedź brzmi: na razie nikt nie wie, łącznie chyba z tymi, którzy to ogłaszają. Nie ma struktury, nie ma opisanych kompetencji prawnych, nie ma nazwiska szefa, nie ma daty startu. Wpis przyniósł nastrój, a nie plan.
Zamiar jest jasny, nawet gdy planu brak
Jasny jest za to zamiar. To nie zapowiada się na organ nadzorczy. Wszystko wskazuje raczej na jednostkę promocyjną i koordynującą, mającą sprawić, że branża poczuje wsparcie, a nie ograniczenie. I pojawia się dokładnie w momencie, gdy kilku najważniejszych szefów firm AI publicznie zgadza się, że potrzebują niezależnych kontrolerów i wolniejszego tempa wdrożeń. Odpowiedź administracji na przekonanie, że potrzeba hamulca, brzmi mniej więcej tak: tworzymy Force, która obiecuje w ogóle nie dotykać hamulca.
Jest jeszcze jedna warstwa w tym timingu. Całe ogłoszenie opiera się na przekonaniu, że kraj nie może sobie pozwolić na zwolnienie, gdy inni pędzą do przodu, co czyni brak jakichkolwiek szczegółów jeszcze dziwniejszym. Jeśli cały argument to szybkość, można by oczekiwać, że konkretny plan pojawi się równie szybko.