Czy Super Intelligence Force to prawdziwa regulacja AI?

Nowy zespół, nowa nazwa dla AI i termin 120 dni. Czy to w ogóle jest jakiś przepis?

Super Intelligence Force. Brzmi jak jednostka specjalna z hollywoodzkiego filmu, prawda? Spokojnie, zanim ktoś zacznie się bać albo cieszyć, sprawdźmy, co ta jednostka faktycznie ma robić.

Na czele stoi szef amerykańskiego wywiadu krajowego. W składzie są między innymi szef federalnego regulatora ochrony konsumentów i technologiczny szef Pentagonu. Zadania? Koordynować politykę wobec AI, rozmawiać z konsumentami, grupami religijnymi i firmami od infrastruktury krytycznej. Brzmi szeroko, bo jest szeroko.

A co jest konkretem? Termin. Sto dwadzieścia dni na raport. Raport, nie ustawa. Żadnych limitów, żadnych licencji, żadnych kar.

Zmiana słownika zamiast zmiany zasad

Wcześniej pojawiło się też polecenie dla urzędów, żeby w oficjalnych dokumentach pisać "super intelligence" zamiast "artificial intelligence". Czyli nowa etykieta na to samo pudełko.

No dobra, ale czemu to tak wygląda? Część ludzi, którzy te systemy budują, publicznie prosi o hamulce, a w odpowiedzi dostaje komisję i nowe słowo.

Odpowiedź jest dość prosta. Linia polityczna to na razie dobrowolne porozumienia z branżą, a nie przepisy. Zespół powstał mniej więcej tydzień po takim porozumieniu. Wzór się powtarza: grzecznie poprosić, powołać grupę, zamówić raport.

Żeby być uczciwym, raport może coś zmienić, bo od niego zależy, co przyjdzie dalej. Ale dziś twardych faktów są dwa: kto tym kieruje i kiedy mija termin.