OpenAI Dots: co to jest i czy warto płacić 500 dolarów miesięcznie?
OpenAI pokazało Dots, a obok nowy plan za 500 dolarów miesięcznie. Reakcja większości ludzi? Grzeczne „ale że co?”. Trudno się dziwić. „Kropka” niczego nie tłumaczy. A poza tym czy nie mieliśmy już AI, które klika za nas po stronach i załatwia sprawy?
Cała różnica w jednym słowie: ciągłość
Dotychczasowi agenci działali jak zlecenie. Odpalasz zadanie, patrzysz, jak klika, kończy i znika. Dot zostaje. To agent oparty na najmocniejszym modelu OpenAI, z własnym komputerem i własną przeglądarką w chmurze, podpięty do ponad czterech tysięcy aplikacji. Siedzi w tle, pilnuje spraw i sam reaguje, kiedy coś się dzieje.
Najprościej: stare narzędzia to fachowiec wynajęty na godzinę. Dot to ktoś zatrudniony na etat, kto siedzi przy biurku i czeka, aż pojawi się robota.
Czyli żeby mieć Dota, muszę wyłożyć 500 dolarów co miesiąc?
Nie, i to jest sprytnie zamazane w przekazie. Dots nie mają osobnej ceny. Pierwszego dostajesz w każdym planie Pro, a najtańszy kosztuje 100 dolarów. W darmowym planie, w Go i w Plus Dotów nie ma wcale. Te 500 dolarów to nie żaden „plan na Dots”, tylko plan na skalę: mniej więcej 25 razy więcej użycia niż w Plus i nowy, najszybszy tryb Ultrafast.
Więc pytanie „czy Dot jest wart 500 dolarów” jest po prostu źle postawione. Właściwe brzmi: czy mam dla swoich agentów tyle pracy, że limity za 100 dolarów mi nie wystarczą? Dla prawie wszystkich, nawet bardzo aktywnych użytkowników, odpowiedź brzmi nie. Pięćset ma sens wtedy, gdy agent pracuje całą dobę i naprawdę zastępuje robotę, za którą inaczej płaciłbyś człowiekowi. Przy pensji pracownika to śmieszne pieniądze. Wydane tylko po to, żeby mieć najlepszą wersję, bez zajęcia dla agenta, to przepalanie kasy.