Dlaczego pakt bezpieczeństwa gigantów AI skończył się pozwem

Czterej rywale obiecali zwolnić tempo razem, a pozew twierdzi, że sama ta obietnica jest przestępstwem.

Wyobraź sobie taką scenę. Szef najbardziej ostrożnej firmy AI na świecie pisze długi esej, w którym mówi, że cała branża powinna przyhamować, wspólnie, pod okiem niezależnych kontrolerów. Kilka godzin później szef jego największego konkurenta mówi, że się zgadza. Potem dołącza najbogatszy człowiek świata. Potem szef laboratorium AI Google. Cztery firmy, które normalnie próbują wyrwać sobie klientów z rąk, nagle mówią jednym głosem o zwalnianiu.

I tu zaczyna się część, której nikt się nie spodziewał. Dwa dni później ktoś pozwał ich wszystkich czworo za to samo porozumienie.

Pozew trafił do sądu federalnego w Kalifornii i wcale nie twierdzi, że AI jest niebezpieczne. Mówi coś odwrotnego, że czterej konkurenci publicznie obiecujący wspólne spowolnienie wyglądają jak podręcznikowy przykład zmowy kartelowej. Powodami są płacący abonenci tych chatbotów, a ich argument jest prosty. Jeśli rywale zgadzają się, że postęp ma być wolniejszy niż wymusiłaby konkurencja, klienci tracą właśnie na tych ulepszeniach, które ta konkurencja miała im zapewnić.

Deklaracja bezpieczeństwa jako dowód

Główny prawnik poszedł jeszcze dalej w wypowiedziach dla mediów, twierdząc, że to właśnie sama deklaracja bezpieczeństwa jest prawdziwym zagrożeniem, bo pozwolenie kilku nastawionym na zysk firmom na prywatne ustalanie tempa rozwoju AI to najprostsza droga do utraty nad nią kontroli.

Każda z tych firm znalazła się teraz w naprawdę niewygodnym miejscu. Pędzisz sam, jesteś nieodpowiedzialny. Zwalniasz razem z innymi, jesteś kartelem. Nie ma wersji tej historii, w której wspólne spowolnienie jest prawnie bezpieczne, a to zmieni sposób, w jaki każda kolejna obietnica bycia ostrożnym zostanie od teraz formułowana.