Dlaczego najgłośniejsze ostrzeżenia przed AI padają akurat z ust tych, którzy ją budują?

Kiedy zwaśnieni rywale nagle zaczynają śpiewać tę samą piosenkę o zagrożeniu, warto zapytać, komu to naprawdę się opłaca.

Ostatnio pewnie zauważyłeś coś dziwnego. Ci sami szefowie firm, którzy latami ścigali się nawzajem, przebijali swoje premiery i podszczypywali się w wywiadach, nagle zaczęli mówić właściwie to samo. Trzeba zwolnić. Potrzebujemy regulacji. To naprawdę może się źle skończyć. Ludzie, którzy zgadzają się rzadko w czymkolwiek, nagle zgadzają się co do jednego.

I tu pojawia się myśl, przez którą robi się nieufnie: czy to nie jest dokładnie ten moment, w którym branża pcha regulacje ustawione tak, żeby udźwignąć je mogli tylko najwięksi?

Owszem. Ekonomiści mają na to nawet nazwę, przechwycenie regulacyjne. Największe firmy naciskają na surowe przepisy, bo stać je na prawników, działy zgodności i rezerwy gotówkowe, które te przepisy udźwigną. Mały gracz, który próbuje wejść na rynek za rok, nie ma nic z tego. Twarde regulacje potrafią więc działać nie jak siatka bezpieczeństwa, tylko jak fosa, wykopana tuż po tym, jak ci, którzy najbardziej jej potrzebowali, już ją przeskoczyli.

Ale to nie cała historia

Gdyby to był czysty zagrywka biznesowy, najgłośniejsze alarmy powinny wychodzić tylko od tych, którzy na tym zyskują. A nie wychodzą. Jedne z najostrzejszych ostrzeżeń w tym roku padły z ust emerytowanego miliardera z branży technologicznej, który nie prowadzi żadnego z czołowych laboratoriów AI. Od miesięcy publicznie mówi, że branża zaniża skalę problemu, dla rynku pracy, dla bezpieczeństwa, dla codziennego życia ludzi. On na zaostrzeniu przepisów cudzego produktu nic nie zyskuje. Jeśli już, to raczej traci sympatię, mówiąc to głośno.

Więc co to jest, cyniczna gra o pozycję czy szczery strach? Pewnie jedno i drugie naraz, w tych samych ludziach. I to jest właśnie ta niewygodna część. Interes własny i szczerość wcale się nie wykluczają. Można patrzeć, jak coś, co się zbudowało, wymyka się własnemu rozumieniu, a jednocześnie po cichu zyskiwać na tym, że jest się pierwszym, kto prosi o smycz. Nie da się tego ładnie rozdzielić na motyw i przekaz. Można tylko zauważyć, że ten sam przekaz wraca od ludzi, którzy poza tym nie potrafią się nawzajem znieść, i samemu ocenić, ile z tego kupić.