Czy zewnętrzni ewaluatorzy naprawdę mogą wyprzedzić laboratoria, które mają pilnować?
Pierwszy krok planu spowalniania brzmi czysto. Wpuścić niezależnych ewaluatorów do laboratoriów na froncie. Niech łapią niebezpieczne umiejętności, kiedy się dopiero pojawiają, zanim laboratorium opowie sobie, że jednak można to wypuścić.
To działa tylko wtedy, gdy ci ludzie widzą to samo co własni badacze laboratorium, i widzą to wcześniej albo uczciwiej. Tu jest dziura, której nikt nie zasypał. Ci, którzy rozumieją następny skok możliwości, już są w środku. Mają wagi, logi, nieudane przebiegi, notatki z nocy. Ktoś z zewnątrz, który z założenia wie mniej, to nie jest hamulec. To warstwa raportowania z ładniejszą wizytówką.
Możesz ich wsadzić do biura. Możesz dać im mandat i identyfikator. Nie dasz im lepszego modelu tego systemu niż zespół, który go wytrenował, nie w terminie, który ma znaczenie. Jeśli najlepsi ludzie w środku przegapią tryb awarii albo uznają, że "jest okej", wizytujący ewaluator nie będzie z czapy tą osobą, która zauważy to pierwsza.
Czekaj, czyli cały numer "będziemy się sami pilnować dodatkowymi oczami" zakłada, że te dodatkowe oczy są lepsze niż ludzie, którzy to zbudowali?
Właśnie. To jest ta luka. Nadzór, który nie umie wyprzedzić frontu, który ma kontrolować, to teatr z lepszym papierem firmowym. Nadal może warto to robić. To nie jest to samo co rozwiązanie problemu. Dopóki ktoś nie pokaże, jak wbudowany zespół ma zostawać przed laboratorium, które zatrudnia prawdziwych badaczy frontu, ten kawałek planu jest nadzieją przebraną za procedurę.